O autorze
Łukasz M., lat 28, z wykształcenia technik komputerowy. Mieszka i pracujew Lublinie. O swojej chorobie dowiedział się rok temu, chociaż pierwsze objawy WZW C dawały o sobie znać już 4 lata wcześniej. Terapia trójlekowa jest jego pierwszą. Miłośnik aktywnego trybu życia – regularnie uprawia sport i dba o zdrową dietę.

Moje WZW C: Witam!

Nazywam się Łukasz i obecnie przechodzę terapię trójlekową. Jest czwartek 18.12.2014, tak więc 3 dni temu, w poniedziałek, dostałem swoją 10 dawkę interferonu w udo (prawe tym razem), a od dziś, po tym jak ubrałem choinkę z rodzinką (może i wcześnie ale na co czekać? :), będę starał się relacjonować w miarę na bieżąco przebieg mojego leczenia.

Oczywiście nie byłoby właściwe gdybym nie opowiedział wszystkiego od początku, tak więc w pierwszych paru wpisach postaram się przybliżyć jak z grubsza wyglądało to w moim przypadku, a jest co opowiadać... :)



Moje pierwsze objawy były bardzo niewinne, zresztą i do samego leczenia właściwie nic większego mi nie dolegało. Najbardziej uciążliwy był fakt, że gdy siedziałem dłużej w zgięciu, to w okolicy żeber po prawej stronie czułem ucisk i drętwiał mi cały bok. Dokuczało mi to do tego stopnia, że na minutę musiałem się całkowicie wyprostować lub wstać. Miało to miejsce co jakiś czas w 2012 r. i już dosyć często w 2013 r. W 2010 r. na badaniach okresowych w pracy wyszły mi bardzo wysokie transaminazy i kadra lekarska, która wtedy mnie prowadziła, zgodnie stwierdziła, że należy zadbać "troszkę" o wątrobę: ograniczyć spożywanie alkoholu oraz przejść na dietę niskotłuszczową.

W tymże 2010 roku, po 1,5 miesiąca takiej diety (wtedy jeszcze nie odczuwałem żadnych ucisków lub drętwienia w żebrach) stwierdziłem, że w zasadzie to już powinno być ok i wróciłem do starych nawyków. Nikt nie wpadł wtedy na to, żeby mi zrobić badania na HCV, ani też w zasadzie innych badań kierunkowych, aby zweryfikować stan zdrowia wątroby.

O tym, że coś jest nie tak z moją wątrobą dowiedziałem się dopiero w 2013 roku we wrześniu. Pierwszą połowę roku postanowiłem, za namową żony, intensywnie poświęcić na walkę z astmą, którą jestem obciążony od dzieciństwa (ale to nie tak, że od małego żadnych WF-ów, zwolnienia i zakaz grania w piłkę, a wręcz odwrotnie - ja nie dam rady?!). Wzięliśmy się za to, ponieważ moja astma nasilała się raz/dwa razy do roku przy większym przeziębieniu i wtedy było już naprawdę nie wesoło. Zazwyczaj 2-3 tygodnie dochodzenia do siebie na potężnych dawkach sterydowych w formie wziewek + worek innych leków. W tym roku miało być inaczej. Dodam też, że w wyniku moich indywidualnych zaniedbań (bo tak to trzeba nazwać :P) mimo dosyć wzmożonego ruchu fizycznego, troszkę się zapuściłem i wypadkową tego faktu była moja waga (124 kilo przy 190 cm) oraz wygląd (oponka Michelin przy mnie wyglądała jak bliźniak :)

Od września miałem zacząć coś zmieniać z tym, że nie wiedziałem jeszcze, że zmiany będą musiały być tak szeroko zakrojone... W tym wspomnianym wrześniu mój pulmonolog wysłał mnie na tomografie komputerową płuc z kontrastem.

Na tomografii potwierdziło się oczywiście wszystko co chciał sprawdzić mój lekarz, ale w badaniu „zahaczona” została również wątroba. Z opisu wynikało, że jest ona powiększona umiarkowanie. I tu włącza się właśnie moja wspaniała i obdarzona genem przezorności żona, która to, w przeciwieństwie do mnie, nie zignorowała tego faktu. Ja to się wręcz cieszyłem, że pulmonolog jest z badania zadowolony - a dodatkowe badania na własną rękę?? Po co mi to! No ale oczywiście dla świętego spokoju, jak wtedy myślałem, dałem się namówić na wizytę u lekarza i późniejsze USG jamy brzusznej. Okazało się, że wątroba nie jest powiększona jedynie umiarkowanie, a znacznie (!) i jest bardzo otłuszczona...

Wrzesień, tym samym, to już początki parowaru i pożegnania z patelnią :) Zacząłem pilnować jedzenia i starać się piwkować tylko w weekendy. I tu, w tym tak zwanym między czasie, żona dalej naciskała, żebym kontynuował badania w kierunku wątroby, bo coś jej się tam nie do końca podobało (zacięta kobieta nie? - tym bardziej że ja z lekarzami to naprawdę niezbyt się lubiłem chyba, że już musiałem pójść to wtedy - no doooobraaaa...). Ale jednak po szeregu nieskutecznych wymówek dałem się namówić... aaaach te kobiety :)

Po szeregu ukłuć, badań, kolejek, poczekalni i wizyt, i tak w koło Macieju, wszystko wskazywało na to, że więcej badań się zrobić nie da i trzeba czekać tylko na wyniki. To był przełom września i października 2013 roku…
Trwa ładowanie komentarzy...